Pokazywanie postów oznaczonych etykietą made in PRL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą made in PRL. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 marca 2013

Fajf




Mamusia jest przepracowana i niewyspana i daje się coraz częściej unieść swemu na co dzień raczej skrywanemu  szaleństwu - taka jedna giełda staroci, jak jest - to dzień przed szlag trafia wypielęgnowaną zapobiegliwość, zimne spojrzenie na rzeczy, oszczędność i strach przed kiczem. W dzień zaś ów pozostaje sama telepawka, gorączka, miotanie się z niecierpliwości w środku transportu, a na miejscu - furkoczący bez najmniejszych oporów licznik, szyderczy rechot w głowie, zachwycone lub karcące spojrzenia przodków - to zależy. Koniec dnia to pozorne ukojenie, bo na wspomnienie pewnych przedmiotów znów cierpię z zazdrości i pożądania.
"Któż daje dziecku Bavarię? Przecież zaraz stłucze." Ja daję.
Owszem, jedna filiżanka już się stłukła.  



...a to dostałam - któż nie miał takiej puszki w domu? Wszyscy mieliśmy.


niedziela, 24 października 2010

Zielnik - cz. I


Roślinki zostały ususzone w świetnej książce z mojego dzieciństwa, "Głos przyrody" - czy ktoś ją pamięta?  W tamtych czasach książki w różnych domach były prawie takie same...










piątek, 15 października 2010

O pracy na roli

Nasze książki można właściwie podzielić na dwa równolegle rozwijające się nurty - jeden to książki współczesne, by nie powiedzieć: nowoczesne, a drugi - kupowane w antykwariatach i na Allegro peerelowskie. (Oczywiście są też współczesne, peerelowskie reprinty.)

Bezpośrednią inspiracją dla drugiego nurtu była poznana na Necie Joanna, która postanowiła raz zrobić mojemu synkowi prezent (!) i kupiła mu m. in. wiersze Konopnickiej. Przypomniało mi to o cudownych książkach mojego dzieciństwa, które WSZYSTKIE straciłam w powodzi w 1997 (bo jestem z Wrocławia). Pomyślałam, że można spróbować jakoś ten księgozbiór odtworzyć i zaczęłam szaleć po Sieci. Niekoniecznie znajduję te same, właściwie raczej nie.
Świetną rzeczą jest, że w tamtych czasach nie można było sobie wydać czy zilustrować książki tak o, tylko trzeba było być po ASP i pewnie spełnić jeszcze kilka warunków. W ten sposób powstała tzw. polska szkoła ilustracji (jeśli bywam nieczęsto dumna z bycia Polką, to również i dlatego. A nie bywam częściej, bo w końcu co mój rodak jakiś zrobił, to jednak nie zrobiłam ja i nie ma co być dumnym, co najwyżej się cieszyć i gratulować:)
Koniec trucia:] Przedstawiam serię autorstwa Janiny Antoniewicz, ilustrowaną w piękny, spokojny sposób przez Juliusza Makowskiego: 
"Jak żyje łąka", 1955
"Zboże kwitnie" 1955 i 
"Latem na pastwisku" 1955, oczywiście Nasza Księgarnia.

 

Łagodna, kojąca oko wersja dzisiejszych pseudoedukacyjnych książek zasypujących dziecko (i rodzica:) tysiącem szczegółowych informacji od czapy w intensywnych kolorach. Tekst trochę przypomina jakiś podręcznik czy poradnik gospodarski z tego okresu, sporo konkretów o hodowli, sposobach wypasu, pielęgnowania łąk, jedna uwaga mimochodem o bajecznym postępie techniki w ZSRR, ale za to co za ilustracje! Zresztą "za to" to niefortunne sformułowanie. Wolę wiedzieć coś konkretnego o pracy na roli niż ile szczękoczółek ma pipik świrek (OK, nie ma takiego czegoś).
 Spójrzcie, proszę:















 

Dla wytrwałych - znalazłam świetny artykuł o ilustracji dla dzieci. Najbardziej uderzyło mnie zdanie Józefa Wilkonia: "Wszelka kokieteria pod milusińskich prowadzi do nieznośnej infantylizacji. A tego dzieci nie wybaczają". Pamiętam z dzieciństwa chwile, w których traktowano mnie infantylnie (głównie w zerówce) i swoje emocje z tym związane. Zażenowanie i wstyd za dorosłego. 
Bardzo, bardzo polecam ten tekst.