Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 czerwca 2013

Życzę wszystkim mnóstwa różnych miłości:)


Słodki Hans w naszej ulubionej księgarni na Włodkowica, Cocofli , wyjada mi piankę z cappuccino i ogląda książkę o miłości. Ta jest akurat dwustronna, z jednej wersja dziewczyny, z drugiej chłopaka. Sprowadza się to do tego samego: nie zachowujmy się wobec kochanej przez nas osoby tak, jak stereotypy i koleżanki/koledzy każą; nie katujmy się piramidalnymi przygotowaniami do spotkania. Dajmy tej osobie to, kim naprawdę jesteśmy (jak nie chce to niech spada - przyp. mój, nie mądrość z książki). 




Wiadomo, że tematy miłosnej relacji się pojawiają, i to nie w okresie dojrzewania. Czy mówienie o tym w kategoriach "ślubu", "całowania w usta", szeroko pojętych "księżniczki" i "księcia", różu i krygującego się zawstydzenia może być szkodliwe dla pojęć, jakie dziecko w tej kwestii buduje?
Nie jest dla mnie problemem wyjaśnienie, skąd się biorą dzieci, ale takie opowiedzenie o różnorodnych formach miłości, aby pokazać, że jest tak dużo fajniejszych rzeczy niż brokat i chichot. Próbuję mówić o tym, że można kochać różne osoby na różny sposób, też rzeczy, pojęcia, miejsca...
Że daje to spokój i dużo siły...
...jak próbowałam starszemu czytać "Tonio Kroegera" to zasnął, no jak mógł, jak mógł...!


środa, 15 maja 2013

Literatura hardcorowa


Czytam aktualnie na głos "Braci Lwie Serce" Astrid Lindgren. Kto nie zna, niech posłucha, jak dalekie jest to od sielanki Bullerbyn. Jestem ogromnie ciekawa Waszych opinii o samej książce i o zderzeniu książki z dzieckiem.
Bałagan na biurku nie powstał na potrzebę zdjęć, żeby nie było nudno czasem przekładałam książkę w inną jego część...

Otóż tak.
Utwór spina hardcorowa klamra kompozycyjna. Jest dwóch braci, młodszy poważnie chory, wręcz umierający i starszy piękny, mądry, obiecujący. Wszyscy włącznie z młodszym (Karol) wiedzą, że jego śmierć jest nieunikniona. Starszy (Jonatan) kocha braciszka i pociesza jak może. Pewnego dnia wybucha w ich domu pożar i krzyżuje losowi szyki, bo starszy bierze młodszego, nie mogącego uciekać na plecy, skacze z nim przez okno i ginie. Ta sama sytuacja wydarzy się na końcu książki, tylko w wykonaniu młodszego. Póki co jest on jednak coraz słabszy i koszmarnie tęskni za bratem.


Wreszcie umiera i trafia do baśniowej krainy, gdzie jest już oczekujący go Jonatan. Bracia żyją przez jakiś czas w niezmąconej sielance, wśród zwierząt domowych i dzikiej przyrody, jeżdżą konno i kąpią się w rzece, bo Karol jest już zdrowy.


Niebawem okazuje się, że nie wszystko jest takie różowe. Dolinę obok zagarnął tyran, terroryzuje mieszkańców, a Jonatan jest, jak się okazuje, przywódcą ruchu oporu. Nie mówił Karolowi by go nie martwić.
I tu zaczynają się wyraźne dla dorosłego odwołania do drugiej wojny światowej. W okupowanej sąsiedniej dolinie obowiązuje godzina policyjna, następnie buduje się mur odgradzający od reszty krainy. Co jakiś czas tyran przyjeżdża by podnieść morale swoich żołnierzy i siać postrach, jak to mówią. Podczas jednego z takich spędów na rynku ma miejsce egzekucja człowieka, który się sprzeciwił. Brat zasłania Karolowi (i czytelnikowi) oczy, ale żołnierz i tak uderza desperata mieczem... Jest też motyw zdrajcy, noszenia jedzenia do getta i parę innych, jednoznacznie się nam kojarzących.


Jonatan odjeżdża organizować powstanie a Karol cierpi z samotności i strachu o niego. 


Wreszcie przełamuje cechującą go lękliwość i odnajduje brata po różnych dramatycznych wydarzeniach. Dochodzi do swoistego Armegedonu, powstańcy walczą z żołnierzami i smokiem tyrana.


Zwyciężają, ale wielu ginie a Jonatan jest ciężko ranny. Jego brat obserwował bitwę przez okno więc jest zdrowy, choć pokieraszowany psychicznie po tym, co widział. I tu następuje scena, o której wspominałam na początku. Fachowo nazywa się to samobójstwo rozszerzone...  Chłopcy giną i trafiają do kolejnej, sielankowej krainy...


 Mówcie, proszę, co myślicie. Może ktoś pamięta, jak sam reagował na tą książkę? Póki co (nie skończyliśmy jeszcze) mogę powiedzieć, że reakcją u nas jest słuchanie z przejęciem, ale bez skrajnych objawów i bardzo fajna moim zdaniem uwaga, że aż trudno uwierzyć, że tak różne książki napisała ta sama osoba...


środa, 15 sierpnia 2012

Książka

Doznawszy nieco ukojenia po ostatnich smętach pokażę Wam chętnie książkę, którą mogłabym kupić sama sobie. Najlepsza jest dla mej duszy wioska rybacka zamieszkała przez mewy. Ten drobnomieszczański brak zrozumienia też ma specyficznie kojący smak, pewnie zapamiętany gdzieś z dzieciństwa. Deklaracja mewy, że w razie czego przeprowadzi się dla kosa to dla mnie esencja heroizmu. No i w ogóle, te peany na cześć przyjaźni, wielbionej przeze mnie a absolutnie niedocenianej w naszej kulturze.












piątek, 10 lutego 2012

Książka dla dwulatka

Chciałabym pokazać Wam trafioną książkę. Obawiałam się, że dość odrealnione rysunki nie spotkają się z entuzjazmem. To mi się bardzo podobały, zwłaszcza wizja zimowego miasta wieczorem, gdy ludzie wracają samochodami do domów, a śnieg pada.
Nie czytałam tekstem z książki, tylko raczej opowiadałam. Ku mojemu zaskoczeniu zrozumiał od razu, o co chodzi w rysunkach ze śladami łapek na przymrożonej szybie. Moment mocno abstrakcyjny jest wtedy, gdy mama i córka wskakują do jeziora - mówię wtedy, że wskakują do łóżka...
Pokazuję całość oczywiście nie żeby piracić czy coś, ale dać innym rodzicom możliwość przejrzenia  na spokojnie w domku tej pozycji - może ktoś sobie zdecyduje na tak lub na nie i oszczędzi mu to czasu w księgarni.
Acha, młody reaguje entuzjastycznie "Mamaaaa!!!!" gdy mama wraca z pracy, sytuacja jest rozpoznawalna, może pomaga to oswoić traumę;) "Opowiada" też ze mną, gdy dziewczynka się tuli itp.














wtorek, 7 lutego 2012

O poszukiwaniach książek na prezent

Przed Bożym Narodzeniem krążyłam sobie raz po Empiku i próbowałam wybrać książki na prezent dla dzieci. Pomyślałam o dwóch dla każdego.
Wraz ze mną krążył najprawdopodobniej czyjś ojciec. Historia nadaje się na miniaturę filmową - nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa, niemniej oboje czuliśmy, że jesteśmy tu w tym samym celu i że mamy takie same problemy z wyborem. Niczym dwa milczące rekiny-samotniki, pozornie względem siebie obojętne, taktownie się ignorujące. Każdy jednak sprzyjał polowaniu drugiego, tak naprawdę patrzył mu na płetwy i był gotowy rzucić się na jego zdobycz, by też z niej skorzystać. Przeglądaliśmy szlam, każdy według swojej metody. Kandydatów na zdobycze wywlekaliśmy na wierzch i szukaliśmy dalej. Taniec trwał 2 godziny.

Głównym problemem, po odsianiu książek - kopii filmów i książek zrobionych w noc przed oddaniem do wydawnictwa dopiero co poznanym programem graficznym był problem płci.

 

 Pięknotki i ślicznotki kontra urwisy i gagatki. Na kogo wyrosną? Pewnie na prawdziwe kobiety i prawdziwych mężczyzn.


Na pierwszym planie lekko turpistyczna i graficznie ciekawsza opcja dla mężczyzn, na drugim - słodki, sztuczny róż widoczny mimo braku kolorów dla kobiet.


By już nie przytruwać pokażę, co zwróciło moją uwagę. Zapewne kupię kiedyś dla starszego to, by zainteresować problemami budowania budynków, zwłaszcza, że mamy taką jedną po architekturze w okolicy i mogłaby coś o urokach budowlanki opowiedzieć. Niech się chrzestna wykaże, co nie, ciociu Aniu? :>



Kupiłam jednak to, odcinkową, francuską książkę o społecznych przygodach rodziny. Bo było akurat o Świętach i że rodzice nie zajmują się wtedy dziećmi, a malują mieszkanie = załatwiają swoje sprawy (co się im chwali:>).  Dzieci się zbuntowały i znaleziono kompromis - czyli młyn na moją wodę:) Potem jednak nie byłam z książki zadowolona, bo przekład pozostawia tu i tam do życzenia. A i grafika właściwie podszywa się pod tą współczesną, kolażową, jest natomiast komputerowa - dobrze się podszywa, ale jednak. Młodemu się podoba, umiarkowanie, ale tak.


 Drugą książką dla starszego był jeden z Emilów Astrid Lindgren. W ogóle najbardziej rokująca była półeczka ze skandynawskimi dziełami, czyli dość klasycznie jak na nas.

O ile książkę dla 4,5-latka dało radę kupić, z 2-latkiem było bardzo trudno. W desperacji brałam pod uwagę skrajności:




Pomyślałam więc sobie, że dla wygody rodziców, którzy jak ja mają obsesyjną potrzebę przejrzeć CAŁĄ pozycję, zanim ją wybiorą będę zamieszczać foty tudzież pseudorecenzje czegoś, co mi się wyda warte wydobycia portfela. W następnym więc odcinku - co ostatecznie kupiłam Jankowi i co on na to:)
Jeśli ktoś ma tipy książek dla 2-latka to plis plis plis.

środa, 21 grudnia 2011

Kinderparty a minimalizm

Urodziny dziecka kojarzą się z jednym wielkim i koniecznie dającym po oczach kolorami, wyjącym kłębem. Sama coś w tym stylu miałam, mnóstwo gości i bałagan, a po ich wyjściu kładłam się na łóżko rodziców i głaskana w milczeniu po głowie przez mamę płakałam  z bólu głowy. Czasem był też emocjonalny ból, że ruszali te fragmenty mojego domku dla lalek, które bardzo pieczołowicie aranżowałam i były jednak dość osobiste. A wszystko mi poprzestawiali. 
Teraz bardzo często jestem zmęczona, z dziećmi sporo gadam i w pracy też muszę gadać, i nie chcę więcej hałasu.  Oferta urodzinowa w sklepach - te tutki na głowę z Myszką Miki itp - jest zapowiedzią harmideru. Szukam więc alternatywy.
Przede wszystkim nie jest prawdą, że dzieci potrzebują na imprezie mieć te wszystkie potworne kolory i melodyjki i szaleć w amoku, by być szczęśliwe. Pewnie potrzebują tak w ogóle szaleć, ale może niech to robią na placu zabaw czy coś. Szukam cały czas wyjścia; podpatrzyłam u znajomych Holendrów inny sposób świętowania. Raczej celebruje się z dzieckiem fakt, że się urodziło. Można opowiadać o ciąży, o dniu porodu, też obejrzeć zdjęcia, co jest okazją do opowiadania o tym, że każdy dorosły kiedyś był w ich wieku (stosowne zdjęcia). Wyjście może być na fajne lody, do nowej restauracji/kawiarni, np. jakiejś egzotycznej (opowiadanie o tym kraju), na spacer obejrzeć szpital położniczy. Całuski.

W zeszłym roku połowicznie się udało, miało być tak:





...ale jeden taki niewtajemniczony wujek zaczął rozbawiać dzieci i skończyło się tak:



Osobną sprawą są prezenty. Nie chcę wydawać na nie gigantycznej kasy, zwłaszcza że robię im prezenty bez okazji  co jakiś czas. Zasypywanie prezentami też pamiętam z dzieciństwa i nie kojarzy mi się to z jakąś specjalną przyjemnością. I tak koncentrowałam się na jednym, jakimś najadekwatniejszym, a te inne - były sobie albo w wersji dramatyczniejszej - było mi przykro, że są nietrafione.

Najpierw jednak był Mikołaj, i dzieci dostały to: 


Dwie książki i dwa bączki, różne, co było oczywiście błędem. Koszt całości: 23 zł. Przyjęły b. pozytywnie. Słusznie dostrzegacie na obrazku brak słodyczy (w tej kwestii zawsze można liczyć na babcię, niestety).
Przy okazji Mikołaja był mój znany powszechnie konik, że Mikołaj to był taki ksiądz który żył b. dawno temu, i jako że był bogaty pomagał ludziom bardzo czegoś potrzebującym (a mógł to przecież wydać na siebie, no nie?), i by o tej bardzo dobrej osobie i o jego postawie nie zapomnieć, rodzice albo dziadkowie dają w określony dzień w roku dzieciom prezenty. Nie będę oszukiwać, że jakieś czerwone coś łazi po dachu, bo chyba nie potrafiłabym tego przekonująco zagrać. A głupio być oskarżonym o kłamstwo z tak oczywistą premedytacją przez własne dziecko. Kiedyś się przecież dowie i co. (Po więcej trucia na ten temat chętnych odsyłam do zakładki "kawa na ławie".)

Tuż potem były na nieszczęście urodziny Janka. Ode mnie dostał to:


Dalszy ciąg losów Maxa i uszyte w nocy koty, przyznaję, mocno zainspirowane Gałgankiem.  Liczę na jej wybaczenie i w ramach nikłej rekompensaty zapraszam najserdeczniej na jej blog i oczywiście do kupowania jej produkcji! Miałam okazję poznać autorkę prac osobiście, jesteśmy z tego samego miasta. Dlaczego sama nie kupiłam, zapytacie? Otóż mam za dużo różnych szmatek i coś trzeba wreszcie z nimi zrobić... Ale raz zamówiłam u niej woreczek!
Koszt książki to 9 zł. Tort kosztował 40, świeczki 1,5 zł. Czyli 50 za imprezę. Goście to kolega i koleżanka w wieku 6 mcy i prawie 2 lata, oczywiście z rodzicami. Żadnych tabunów babć. (Babcie wpadła w inny dzień na kawę z prezentem - plasteliną i kredkami.

Od naszych przyjaciół:


Od drugich przyjaciół:





Mówią, że z Internetu i że niedrogo. I to by było na tyle.
Nie do końca udała się część spacerowa, przez chorobę rodziców jubilata.
Brat naznosił mu swoje stare, rozwalone książeczki i śrubki, co zostało przyjęte z entuzjazmem.

Jeśli ktoś z czytelników jest też znużony świętowaniem na większą skalę, proszę, niech podzieli się swoimi spostrzeżeniami i doświadczeniami. Nadal szukam wersji (lub kilku) optymalnej.