sobota, 26 maja 2012

Suszone pomidory




 Skandal - nóż w ręku pięciolatka:)




Nie róbcie tak, bo w ogóle nie wyszło:)) Wszystko przywarło do blachy:)

sobota, 14 kwietnia 2012

Hej:-)


Powracam głupim nieco, instruktażowym postem zainspirowanym tym, że zobaczyłam przypadkowo przez okno gabinetu kosmetycznego (whatever), ile kosztuje tzw. francuski manicure.
I pomyślałam sobie, że podzielę się domowym sposobem na niego. My, ludzie uwijający się wokół spraw nie tylko swoich, ale i dzieci musimy częściej chyba się przebierać, przeskakujemy szybko od sytuacji sportowych czy wręcz kanalizacyjnych do super oficjalnych, a taki final touch pasuje wybornie do czegokolwiek. I nikt się nie przyczepi.

Żeby jednak nie dać zarobić przy tym paniom stylistkom paznokci potrzebujemy:
- biały i jakiś inny:) lakier, odkąd zostałam mamą używam tylko szybkoschnących - swoje kupiłam w Rossmanie dawszy za dwa 15 zł.;
- zmywacz, tamże 4 zł.;
- patyczki higieniczne - powiedzmy 1,5 zł
(czyli za cenę połowy jednego zabiegu mamy frencza przez ok. 5 miesięcy non stop)

No i co robimy:
1) malujemy białym końcówki BYLE JAK, po prostu 3-4 ruchy jak przy zwykłym malowaniu, tylko po samych końcach dajemy;
2) czekamy chwilkę - pomocna tu jest klawiatura kompa na przykład:)
3) ciapiemy drugą warstwę i czekamy ciut dłużej - ze 3 min (googlu googlu);
4) bierzemy patyczek, maczamy w zmywaczu i zmazujemy takimiż wzdłuż paznokcia idącymi ruchami tyle, by został stosowny paseczek;
5) czekać nie ma na co, więc lecimy warstwą "inną" po całości;
6) czekamy

...tak z pół godziny trzeba niestety mieć, ale można czytać lub googlać, więc nie jest to czas stracony:)

Pozdrawiam zielono :*

piątek, 10 lutego 2012

Książka dla dwulatka

Chciałabym pokazać Wam trafioną książkę. Obawiałam się, że dość odrealnione rysunki nie spotkają się z entuzjazmem. To mi się bardzo podobały, zwłaszcza wizja zimowego miasta wieczorem, gdy ludzie wracają samochodami do domów, a śnieg pada.
Nie czytałam tekstem z książki, tylko raczej opowiadałam. Ku mojemu zaskoczeniu zrozumiał od razu, o co chodzi w rysunkach ze śladami łapek na przymrożonej szybie. Moment mocno abstrakcyjny jest wtedy, gdy mama i córka wskakują do jeziora - mówię wtedy, że wskakują do łóżka...
Pokazuję całość oczywiście nie żeby piracić czy coś, ale dać innym rodzicom możliwość przejrzenia  na spokojnie w domku tej pozycji - może ktoś sobie zdecyduje na tak lub na nie i oszczędzi mu to czasu w księgarni.
Acha, młody reaguje entuzjastycznie "Mamaaaa!!!!" gdy mama wraca z pracy, sytuacja jest rozpoznawalna, może pomaga to oswoić traumę;) "Opowiada" też ze mną, gdy dziewczynka się tuli itp.














wtorek, 7 lutego 2012

O poszukiwaniach książek na prezent

Przed Bożym Narodzeniem krążyłam sobie raz po Empiku i próbowałam wybrać książki na prezent dla dzieci. Pomyślałam o dwóch dla każdego.
Wraz ze mną krążył najprawdopodobniej czyjś ojciec. Historia nadaje się na miniaturę filmową - nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa, niemniej oboje czuliśmy, że jesteśmy tu w tym samym celu i że mamy takie same problemy z wyborem. Niczym dwa milczące rekiny-samotniki, pozornie względem siebie obojętne, taktownie się ignorujące. Każdy jednak sprzyjał polowaniu drugiego, tak naprawdę patrzył mu na płetwy i był gotowy rzucić się na jego zdobycz, by też z niej skorzystać. Przeglądaliśmy szlam, każdy według swojej metody. Kandydatów na zdobycze wywlekaliśmy na wierzch i szukaliśmy dalej. Taniec trwał 2 godziny.

Głównym problemem, po odsianiu książek - kopii filmów i książek zrobionych w noc przed oddaniem do wydawnictwa dopiero co poznanym programem graficznym był problem płci.

 

 Pięknotki i ślicznotki kontra urwisy i gagatki. Na kogo wyrosną? Pewnie na prawdziwe kobiety i prawdziwych mężczyzn.


Na pierwszym planie lekko turpistyczna i graficznie ciekawsza opcja dla mężczyzn, na drugim - słodki, sztuczny róż widoczny mimo braku kolorów dla kobiet.


By już nie przytruwać pokażę, co zwróciło moją uwagę. Zapewne kupię kiedyś dla starszego to, by zainteresować problemami budowania budynków, zwłaszcza, że mamy taką jedną po architekturze w okolicy i mogłaby coś o urokach budowlanki opowiedzieć. Niech się chrzestna wykaże, co nie, ciociu Aniu? :>



Kupiłam jednak to, odcinkową, francuską książkę o społecznych przygodach rodziny. Bo było akurat o Świętach i że rodzice nie zajmują się wtedy dziećmi, a malują mieszkanie = załatwiają swoje sprawy (co się im chwali:>).  Dzieci się zbuntowały i znaleziono kompromis - czyli młyn na moją wodę:) Potem jednak nie byłam z książki zadowolona, bo przekład pozostawia tu i tam do życzenia. A i grafika właściwie podszywa się pod tą współczesną, kolażową, jest natomiast komputerowa - dobrze się podszywa, ale jednak. Młodemu się podoba, umiarkowanie, ale tak.


 Drugą książką dla starszego był jeden z Emilów Astrid Lindgren. W ogóle najbardziej rokująca była półeczka ze skandynawskimi dziełami, czyli dość klasycznie jak na nas.

O ile książkę dla 4,5-latka dało radę kupić, z 2-latkiem było bardzo trudno. W desperacji brałam pod uwagę skrajności:




Pomyślałam więc sobie, że dla wygody rodziców, którzy jak ja mają obsesyjną potrzebę przejrzeć CAŁĄ pozycję, zanim ją wybiorą będę zamieszczać foty tudzież pseudorecenzje czegoś, co mi się wyda warte wydobycia portfela. W następnym więc odcinku - co ostatecznie kupiłam Jankowi i co on na to:)
Jeśli ktoś ma tipy książek dla 2-latka to plis plis plis.

sobota, 21 stycznia 2012

Sceptycyzm hodowlany (tj. uzyskany poprzez odpowiednie zabiegi w trakcie hodowli)


 Nie sądziłam, że zacytuję tu dialog z dziecinką, niemniej trudno, będzie.
Jak wszyscy wiemy z zakładki "kawa na ławę", a moi niewirtualni znajomi z wygłaszanych entuzjastycznie a upierdliwie uwag, staram się (BARDZO) pokazać dzieciom świat realny, tj. bez wróżek, bez pan cię zabierze, bez potworów, robaków w brzuchu po cukierkach, klasycznej kapusty itp. Robię to z dwóch mniej więcej powodów: 1) uważam, że dziecko tak prowadzone będzie bezpieczniejsze, bo trudniej mu będzie wcisnąć kit typu: chodź to ci pokażę krasnoludki albo: siedź cicho, bo cię mama przestanie kochać; 2) nie bardzo potrafiłabym wyplątać się z zarzutu kłamstwa, gdy kiedyś prawda wyjdzie na jaw (a wiadomo, że w tym akurat przypadku wyjdzie na 100%).

Doczekałam się w ostatnim tygodniu takich owoców mego trudu:

I. JA: (robiąc skrót myślowy przed szatnią w markecie) Ja będę niosła numerek, bo jak go zgubimy, to nikt nam nie wyda kurtek.
M: (po chwili zastanowienia) To jest jakieś bezsensowne kłamstwo przecież.


II. JA: Przez trzy dni próbuję napisać ten mejl i mi się nie udaje! (oczywiście niepotrzebna emfaza)
M: (spojrzenie skupione i zmieszane zarazem): Jednak trudno w to uwierzyć.

Wiem, że wielu rodziców uznałoby takie odpowiedzi za bezczelne. Ja się cieszę. 


A poza tym zbieram się i zbieram do napisania czegoś o wypaleniu zawodowym w zawodzie rodzic, i pewnie coś mi się niebawem wymknie... Póki co: wypaleni zawodowo rodzice, trzymajcie się! Nie puszczajcie się!

wtorek, 10 stycznia 2012

Teatr cieni

Potrzebne są:
-kartki do drukarki
-nożyczki
-klej
-patyczki do szaszłyków
-lampka
Czas wykonania: 2 Filemony
Złożyłam kartkę na dwa i wycięłam bez rysowania po 2 identyczne kształty. Potem wiadomo, co robić.

Może to być terapeutyczne, gdy ktoś boi się cieni - sam zobaczy, skąd się biorą. U nas raczej nikt się nie boi - chyba... Nie dało rady zrobić przedstawienia, bo przeszkadzał entuzjazm, wstawanie i łapanie aktorów i bawienie się w teatr samymi szablonami. Sprawia im trudność patrzenie tylko na ścianę i operowanie postacią - to za abstrakcyjne jakby, ciekawie było na to patrzeć. Zabawa dobra w każdym razie.